To były bardzo okrutne i smutne wydarzenia. Transport z dużą ilością małych dzieci z Breslau przez parę miesięcy uciekał w 1945 roku przed Armią Czerwoną. Większość niestety zginęła, a reszta pozostała w Naszym kraju, gdzie przez długie lata nie wiedzieli o swoim niemieckim pochodzeniu.

O tej historii możemy dowiedzieć się od pewnej mieszkanki Krotoszyna - Hanki, która została urodzona jako Anita Liebenberg. To właśnie ona jest jednym z tych małych dzieci, które były uratowane przez polskie rodziny przed Armią Czerwoną.


Pani Hanka opowiada:
"Szybko się zorientowałam, że coś jest nie tak. Ludzie wiedzieli, robili uwagi. Pytałam matkę, dlaczego nazywają mnie Niemrą, ale nigdy nie dostałam odpowiedzi. Kiedy miałam 13-14 lat otrzymałam wezwanie z Polskiego Czerwonego Krzyża w Krotoszynie. Niczego się nie dowiedziałam, a pracownik PCK wysłał po spotkaniu wiadomość do Niemiec, że „matka z dzieckiem wyjechały w nieznane”. Niemieccy rodzice pokazali mi wiele lat później podpisany przez niego dokument."


Poniżej przedstawiamy Wam drogę, którą przebywały "dzieci z pociągu", które jesienią 1944 roku wyruszyły z Breslau, aby w czerwcu następnego roku znowu tam wrócić. Dzieci, którym udało się przeżyć trafiły następnie do Wartha, czyli dzisiejszego Barda Śląskiego.





Na zdjęciu przedstawiono Klasztor Sióstr Marianek w Bardzie Śląskim (zdjęcie pochodzi z 1967 roku). Właśnie w tym miejscu w listopadzie 1946 roku urwał się ślad dzieci z pociągu. Obecnie w klasztorze jest dom dziecka pod nazwą "Jutrzenka".


"Cała sprawa nie dawało mi jednak spokoju. Kiedy byłam sama w domu, szukałam jakiegoś śladu. W końcu znalazłam dokumenty z sądu, dotyczące mojego przysposobienia. Nikomu się nie przyznałam…Od klientów sklepu mojej matki dowiedziałam się, że zostałam wzięła z pociągu. Matka opowiadała mi potem, że na dworzec chodziło się handlować, a do wagonu weszła, bo dzieci płakały. I trafiła prosto na mnie. Mówiłam „Mutti, Mutti komm!”. Uczepiłam się jej, miała loki, jak moja niemiecka mama. Poszła ze mną na rękach do zawiadowcy stacji i zapytała, czy może mnie wziąć. Niemieccy rodzice odnaleźli mnie po 20 latach. Jeździłam do nich, ale pozostałam w Polsce." - opowiada dalej Hanka.

W maju 1945 roku pociąg z umierającymi już z głodu i chorymi na tyfus małymi, niemieckimi dziećmi z Breslau zatrzymał się właśnie w Krotoszynie. Kilkoro dzieci zostało wzięte pod opiekę przez Polskie rodziny.

Kiedy Pani Hanka rozpoczęła pisanie całej tej przykrej historii to po pewnym czasie niektóre "dzieci z pociągu" wyraziły swoją zgodę, aby opowiedzieć również historie swojego losu. Dzięki temu udało się dotrzeć do starych dokumentów, listów, wspomnień tamtejszych świadków i prawie w całości udało się odtworzyć losy tego okrutnego transportu sprzed ponad 70 lat.

25 sierpnia 1944 roku Breslau razem z paroma innymi miastami na linii Odry został ogłoszony twierdzą, a pod koniec sierpnia z miasta wyjechał transport, który w 1945 roku zatrzymał się w Krotoszynie. Znajdowało się w nim około 100 dzieci pochodzących ze żłobków i domów małego dziecka w Breslau, a wśród nich właśnie Anita Liebenber (czyli teraźniejsza Hanka).

Rodzice Anity, tj. Elsa oraz Erich Liebenbergowie prowadzili w Breslau, czyli dzisiejszym Wrocławiu własną gospodę i mieli już czwórkę małych dzieci. W 1943 roku na świat przychodzi Anita, jednak rodzice czuli się zmuszeni i oddali małą dziewczynkę do domu dziecka.

19 września 1943 roku na świat przychodzi Gertrud Wieczorek, a jej matka Margarete była prawdopodobnie bardzo piękną wdową po żołnierzu Wermachtu, który zginął w styczniu 1942 roku.

W grudniu 1943 roku pośrednik handlowy Firedrich Muschalle uznał Gertrud za swoje dziecko, a na początku 1944 roku Margarete przeszła załamanie nerwowe i trafiła do szpitala psychiatrycznego w Świebodzicach. Została zabita przez rozstrzelanie, a Friedrich został wysłany na frot zachodni, gdzie prawdopodobnie zginął we Francji. Gertrud została umieszczona w żłobku przy Weintrasse (Żeromskiego).

"O reszcie dzieci z transportu nie wiem nic, prócz tego, że nie skończyły wtedy jeszcze dwóch lat, a najmłodsze nie miało nawet miesiąca. Transport dotarł do Jannowitz (Janowice Wielkie), przez kilka miesięcy dzieci mieszkały w znanym przed wojną uzdrowisku. Kierownik transportu miał listę z ich danymi, która po wojnie trafiła do Niemieckiego Czerwonego Krzyża." - opowiada Hanka.

15 lutego 1945 roku w obawie przed zbliżającymi się Rosjanami dzieci zostały przetransportowane do Maffersdorf (teraz miejscowość należy do Czech). Następnie 8 maja transport 4 autobusami opuścił ewakuowane Maffersdorf i zmierzał ku Karsbad. W miejscowości Saaz (dzisiaj Zatec w Czechach) trafił niestety na Rosjan, gdzie oznaczało to koniec ucieczki. Niektóre z sióstr zostały zgwałcone, a inne zaś zginęły wraz z czternastką dzieci. Pozostałe dzieci, które były wygłodzone, zabrudzone i w śmierdzących pieluchach zostały położone na bruku przed ratuszem na rozkaz sowieckiego komisarza miasta. Stamtąd zaś dzieci były zabierane przez mieszkańców Saaz, a część z nich znalazła się w baraku przy miejskim szpitalu.

W miejscowości Saaz dzieci przebywały do około 26 maja, gdzie następnie powróciły do Wrocławia. Powrót odbywał się w 2 wagonach towarowych, które były wyłożone słomą, a pociąg jechał w konwoju Rosjan. Najsłabsze z małych dzieci poumierały z głodu oraz na tyfus. W drodze do Wrocławia pociąg miał postój w Rawiczu oraz Krotoszynie.

W miejscowości Rawicz z pociągu wybranych zostało 12 umierających dzieci, które umieszczono u sióstr elżbietanek. Został spisany protokół przekazania, który podpisany został przez kierownika pociągu, lecz nie umieszczono na nim nazwisk zabranych dzieci. Większość z nich została po krótkim czasie przysposobiona przez polskie rodziny, jednak jedno dziecko zmarło. Żadne z dzieci nie miało najmniejszych szans, aby odszukać swoją biologiczną rodzinę, ponieważ nie znali swoich realnych personaliów.

Jedną z osób, która została odebrana z pociągu w Rawiczu jest Pan Andrzej Cichy
"W 1945 r. codziennie przychodził do mnie lekarz, aplikował odpowiednie lekarstwo i stosowną dietę. Dzięki temu żyję. Dowiedziałem się, że jestem adoptowany jako nastolatek, w dramatycznych okolicznościach. Naszych krzywd nie da się opisać..." - opowiada o swojej historii Andrzej Cichy.


Pan Andrzej jest przekonany, że jego biologicznymi rodzicami byli Polacy.

Niestety nie wiemy ile dzieci został w Krotoszynie. Wśród nich byli na pewno: Anita Liebenberg, czyli Hanka, nazywana w polskiej rodzinie Marią (nie żyje - informacja od przyrodniej siostry), Bridgie, która również została ochrzczona jako Maria (również nie żyje) i Gertrud Wieczorek nazwana Rozalią.

"Jeden z kolejarzy na pewno wziął dziewczynkę. Razem – została piątka. Ale podobno było ich więcej."


Dane czwórki dzieci, które zostały pozostawione w Krotoszynie zostały dokładnie spisany i dzięki temu mogły w przyszłości poznać swoje niemieckie rodziny. Hankę (Anitę) w latach sześćdziesiątych XX wieku odnaleźli biologiczni, niemieccy rodzice. Hanka odwiedzała ich regularnie aż do śmierci swojego ojca.

Poniżej prezentujemy Wam zdjęcie Hanki z przedszkola w Krotoszynie z 1949 roku. Hanka to dziewczynka stojąca w ostatnim rzędzie, druga od lewej.




"Miałam 20 lat, byłam nauczycielką w Krotoszynie, kiedy jedna z matek po zebraniu w szkole powiedziała do mnie: „Jak wiele lat minęło od momentu, gdy matka wzięła Panią z pociągu...”! „Róża z pociągu” – tak na mnie mówiono za plecami – opowiada Rozalia. - Powiedziałam wtedy mamie, że chcę znać prawdę. Była przerażona, cały czas wierzyła, że nigdy się nie dowiem! Ale wtedy obiecałam jej, że nie będę szukała niemieckiej rodziny. Zaczęłam dopiero po jej śmierci." - opowiada Gertrud (Rozalia).


Rozalia na zdjęciu ze swoją polską matką. Krotoszyn 1962 rok. W 1985 roku Rozalia dowiedziała się, że jej prawdziwymi rodzicami byli Niemcy.

Rozalia zaczęła poszukiwania swojej niemieckiej rodziny dopiero po śmierci matki w latach 80 XX wieku. Rezultatem jej poszukiwań było odnalezienie brata Heinza, z którym widywała się co roku, aż do jego śmierci.

W czerwcu 1945 roku transport z Saaz dotarł z powrotem do Breslau (Wrocławia), a dzieci zostały rozlokowane w salach restauracji przy teraźniejszej ulicy Żmigrodzkiej (dawniej Trachenbergerstrasse). Wśród przywiezionych dzieci ich śmiertelność bardzo mocno i w ciągu kilku tygodni około 60 z nich umarła na tyfus głodowy oraz z ogólnego wycieńczenia.

Dzieci, które przeżyły pozostały w Breslau do około 20 lipca 1945 roku, a między 20-27 lipca zostały przewiezione do Barda Śląskiego, do Domu Urszulanek (jest to dom filialny urszulanek z Wrocławia), gdzie przebywały jeszcze niemieckie siostry.

W grudniu 1945 roku klasztor urszulanek w Bardzie został przejęty przez Nasze polskie siostry, a prócz niemieckich sióstr mieszkały w nim wtedy dzieci z transportu (nazywanego transportem z Czechosłowacji). Według polskiej kroniki urszulanek możemy dowiedzieć się, że "Różyczka [Rosemarie] ma gruźlicę krwi (…). Na tę chorobę umiera już siódme dziecko z transportu niemieckiego z Czechosłowacji. (…) Różyczka miała prawie 3 latka a nie chodziła i nie mówiła."

20 listopada w 1946 roku dzieci zostały zabrane do siostry marianki z Barda Śląskiego. To właśnie tutaj kończy się historia dzieci z pociągu. Wiadomo jedynie jeszcze tyle, że część z nich trafiła później do domów dziecka, między innymi w Miszkowicach i Pieszycach, a inni zostali odnalezieni w latach 50 przez swoje niemieckie rodziny dzięki Czerwonemu Krzyżowi i zamieszkali w Niemczech. Jak na razie do tej pory z żadnym z nich nie udało się nawiązać kontaktu Pani Dainie Kolbuszewskiej.

Informacje do artykułu zostały zaczerpnięte z książki pt. "Niemka. Dziecko z pociągu" autorstwa Dainy Kolbuszewskiej, wydawnictwo Vesper, Poznań 2011 rok.