Ma Krotoszyn swojego bezgłowego ducha. Nie jeździł wprawdzie na koniu, jak ten ze słynnego filmu z Johnym Deepem, ale spotkanie z nim również niejednokrotnie kończyło się tragicznie. A wszystko zaczęło się od wielkiej miłości, której zabrakło happy endu.

Do dawniejszego klasztoru trynitarzy (mieszczącego się na terenie Osiedla nr 1 w Krotoszynie) oprócz dzisiejszej siedziby Muzeum Regionalnego, należał szereg budynków okalających podwórze i ogród klasztorny. Po kasacji klasztoru przez władze pruskie w początkach XIX w., z części terenu klasztornego utworzono plac zwany Nowym Rynkiem. Po stronie północnej tego placu do lat trzydziestych minionego wieku stała kamieniczka w stylu barokowym. Podobno niegdyś było tam takich kamieniczek znacznie więcej, ale z tą wiąże się szczególna historia.

Jeden z ojców trynitarzy imieniem Metody (inni twierdzą, że nazywał się Dionizy), zapałał gorącym uczuciem do pięknej Agnieszki, córki bednarza mieszkającego przy ul. Koźmińskiej. Nie wiadomo jak się poznali, ale spotykali się potajemnie właśnie w tej kamienicy na terenie klasztornym. Trwało to jakiś czas, ktoś jednak ich podpatrzył i doniósł przeorowi. Wezwany przed jego oblicze Metody zapowiedział, że prędzej zrzuci habit niż wyprze się swej miłości. Sprawa doszła do opata i do biskupa w Gnieźnie. Na Metodego nałożono ekskomunikę i wygnano z klasztoru. Według obowiązującego wówczas rytuału, złamano nad nim świecę.

Metody początkowo nic sobie z tego nie robił. Wrócił do swojego świeckiego imienia, zamieszkał w domu bednarza i zaczął uczyć się bednarskiego fachu. Szybko jednak przekonał się, że inni mieli go za nic. Wytykali go placami, nawet rzucali w niego kamieniami, błotem lub łajnem. Co więcej - odwróciła się od niego piękna Agnieszka. O małżeństwie słyszeć nie chciała, zresztą żaden ksiądz nie dałby im ślubu. Metody zrozumiał, że przyjdzie mu ruszyć w świat i żebrać – nie posiadał bowiem żadnych dochodów. Gryząc się tym podupadł na zdrowiu. Pewnego dnia zniknął. Ludzie sądzili, że odszedł jak zapowiadał. Jednak po dwóch dniach znaleziono go wiszącego na belce, na strychu owej kamienicy, w której spotykał się ze swoją ukochaną.

Pochowano go po cichu, bez żadnych ceremonii, na wydzielonej, nie poświęconej części przyklasztornego cmentarza.

Później jednak zaczęły dziać się różne dziwne rzeczy. Co pewien czas w okienku na szczycie kamieniczki ukazywała się odziana w habit postać bez głowy. Wyciągała ręce ku ludziom, jakby wzywając pomocy. Zjawę tę widziało wiele osób. Niewielu miało odwagę, by zajrzeć na ten strych. Gdy już ktoś tam zajrzał, okazywało się jednak, że nikogo nie było. Podobno pojawienie się tego widma zawsze zwiastowało jakieś nieszczęście, pożar, epidemię, wypadek. Ponoć ostatni raz duch bez głowy pokazał się tuż przed wybuchem pierwszej wojny światowej. Potem kamieniczkę zburzono, a w jej miejscu zbudowano okazalszy budynek, który stoi tam do dziś. Czy jednak duch potępionego mnicha na zawsze opuścił to miejsce?

 

Małgorzata Krupa, Rada Osiedla nr 1 w Krotoszynie

 

Na podstawie "Krotoszyńskich opowieści lat dawnych" Antoniego Nawrockiego (maszynopis niepublikowany, znajdujący się w zbiorach biblioteki muzeum).

Zdjęcia ze zbiorów Muzeum Regionalnego w Krotoszynie.

 

To w tej kamienicy Metody spotykał się z Agnieszką, a później pokazywał się w oknie jako duch bez głowy:

 

 

Fragment Małego Rynku i Floriańskiej – w miejscu nawiedzonej kamieniczki postawiono okazalszy budynek: