Związkowcy i pracownicy sieci handlowych, a zwłaszcza Castoramy są zirytowani. Chcą zarabiać tyle, ile zarabiają pracownicy największych dyskontów: Lidla i Biedronki, gdzie w ciągu ostatniego roku wynagrodzenia wzrosły kilkakrotnie.

Obie te sieci dyskontów nieustannie ze sobą walczą. Nie tylko cenami i coraz bardziej wymyślnymi promocjami, ale też wynagrodzeniami i różnymi bonusami dla pracowników. Biedronka w ubiegłym dwukrotnie podniosła pensje swoim pracownikom. Teraz sprzedawca-kasjera z trzyletnim stażem pracy zarabia tam 2600 zł brutto. A w Lidlu jest jeszcze lepiej. Niedawno władze spółki zapowiedziały, że w marcu podniosą pensje kasjerów, kierowników i pracowników centrów dystrybucji. Nowy pracownik sklepu będzie zarabiał 2550- 3300 zł brutto. Po roku pracy jego wynagrodzenie wzrośnie do poziomu 2750- 3500 zł brutto. A po dwóch latach będzie mógł zarabiać 3000- 3800 zł brutto. Wynagrodzenie w Lidlu zależy od jego lokalizacji. Najwięcej zarabiają pracownicy sklepów w największych miastach.

Dyskonty nie żałują też pieniędzy na różne pozapłacowe benefity, o jakich pracownicy innych sieci nawet nie mogą marzyć. Jest to np. prywatna opieka medyczna, karty sportowe, zajęcia dla dzieci czy wyprawki szkolne. Właśnie te benefity dla pracowników Lidla wywołały burzę wśród związkowców i pracowników innych sieci handlowych w Polsce zawrzało. Przecież też pracują bardzo ciężko, nierzadko w nadgodzinach, bo jest ich za mało, a nie mają szans na zarobki takie, jak w dyskontach. Zresztą, na tym nie kończy się lista zarzutów wobec pracodawców innych sieci, którzy bronią się, twierdząc, że ich pracownicy są mało wydajni, a handel jest nierentowny, więc nie ma pieniędzy ani na podwyżki, ani na zatrudnienie dodatkowych pracowników. Związkowcy jednak nie mogą się nadziwić, dlaczego w Biedronce i Lidlu jakoś handel się opłaca, a gdzie indziej nie.

Dlatego związkowcy planują spory zbiorowe z pracodawcami, a nawet protesty. Nie zgadzają się na to, jak podkreślają, żeby nadal mydlono im oczy. W spór zbiorowy z pracodawcą weszli już związkowcy Castoramy, czyli największej w Polsce sieci marketów z segmentu dom i ogród. Domagamy się lepszych zarobków za naszą ciężką pracę- powiedział Wojciech Kasprzyk, przewodniczący NSZZ "Solidarność" w Castorama Polska. Teraz osoba, która zaczyna pracę w tej sieci zarabia 2300 zł brutto. Pracodawca zaproponował podwyżkę, najpierw w wysokości 2% (ok. 46 zł), ale po negocjacjach ze związkowcami podniósł ofertę do 3,6% (niespełna 83 zł). Związkowcy nie zgodzili się ani na jedną, ani na drugą propozycję, bo ich zdaniem w firmie od lat nawarstwiały się zaległości płacowe, które najwyższy czas naprawić. Ale pracodawca i tak wprowadził podwyżki. Poza tym chciano nam zlikwidować premie i wliczyć je do podstawy wynagrodzenia, żeby wyglądało tak, jakby podwyżka i stawka dla nowo zatrudnianych była większa- mówi Kasprzyk.

Teraz nad rozwiązaniem problemu pracują mediatorzy. Jeśli nie uda im się doprowadzić do porozumienia, związkowcy zapowiadają eskalację protestu. Niskie płace i brak podwyżek to nie tylko problem marketów sieciowych, ale chyba w jeszcze większym stopniu dotyczy małych, rodzinnych sklepów. Tam pracownicy mogą liczyć tylko na minimalne wynagrodzenie, bo handel w Polsce od lat jest jedną z najgorzej opłacanych branż. Co więcej, mnóstwo pracowników jest tam zatrudnionych w ramach umów niestandardowych, a ich prawa są często łamane- powiedział Piotr Szumlewicz, ekspert Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych (OPZZ). W handlu dochodzi do wielu nieprawidłowości, pracownicy nie zawsze dostają wynagrodzenia za nadgodziny, wymaga się od nich informacji, czy dostają świadczenie z programu Rodzina 500 plus, co w opinii związkowców jest nielegalne.

Pracodawcy mówią, że nie stać ich na podwyżki płac, bo rentowność w małych sklepach spożywczych wynosi 0,5- 1,5% i już teraz z powodu ustawowego podniesienia minimalnej pensji ich budżety są napięte do granic możliwości- mówi Maciej Ptaszyński, dyrektor Polskiej Izby Handlu (PIH). Jego zdaniem, jedną z przyczyn tego stanu jest fakt, że małe sklepy nie są w stanie kupować towaru w takich cenach jak dyskonty. Okazuje się, że czasem dyskonty mogą sprzedawać towar taniej, niż mniejsze sklepy mogą go w ogóle kupić. Często jest to efektem świadomej polityki producentów, którzy oferują dyskontom swoje produkty po niskich cenach, a odbijają to sobie na mniejszym handlu. To sprawia, że rentowność małych sklepów jest niska, a koszty pracy są wysokie- uważa Maciej Ptaszyński. Jeśli jednak handlowcy nie pójdą w ślady Biedronki i Lidla, to wiosną możemy się spodziewać wielu akcji protestacyjnych w handlu.